Czy warto jechać na retreat medytacyjny? Moja historia i kilka refleksji

Czym jest retreat?

Retreat (z ang. „wycofanie się”) to celowe odejście od codziennych obowiązków, bodźców i pośpiechu po to, by zanurzyć się w ciszy, praktyce i regeneracji. To czas, kiedy odkładasz telefon, zamykasz komputer, a Twoim „grafikiem dnia” stają się medytacja, spacer, posiłek, chwila odpoczynku.
W kulturze, w której produktywność stała się walutą, retreat jest aktem odwagi. To powiedzenie sobie: „Teraz ja. Teraz regeneracja. Teraz kontakt z tym, co naprawdę ważne”.

Co się dzieje w umyśle, gdy zapada cisza?

Z perspektywy neurobiologii i doświadczenia praktyków — to proces, który zachodzi etapami.

Po 10 minutach
– Umysł wciąż „niesie” resztki codziennego szumu. Myśli przeskakują z jednej na drugą. Lista zadań próbuje się przypomnieć. Ciało dopiero szuka wygodnej pozycji.
– Pojawiają się rozproszenia: swędzenie skóry, chęć zmiany ułożenia nóg, napięcie w barkach.

Po godzinie
– Tempo myśli zaczyna się stabilizować.
– Pojawiają się pierwsze przestrzenie między jedną a drugą myślą.
– Ciało odczuwa lekkie rozluźnienie, oddech staje się głębszy.

Po kilku godzinach
– Czujesz, że zaczynasz „odklejać się” od codziennych spraw.
– Umysł zwalnia, a Ty łatwiej zauważasz subtelne bodźce: odgłosy natury, zapach jedzenia, fakturę podłogi pod stopami.
– Znika poczucie, że „trzeba” cokolwiek robić.

Po kilku dniach
– Wchodzisz w stan głębokiej obecności.
– Reakcje na drobne bodźce stają się spokojniejsze, mniej automatyczne.
– Pojawia się klarowność — zaczynasz rozróżniać, co naprawdę jest dla Ciebie ważne, a co było tylko hałasem z zewnątrz.
– Czujesz, że jesteś bliżej swojego źródła.

Moje doświadczenie na retreatcie

Na ten wyjazd czekałam z niecierpliwością. Cały rok to ja tworzę przestrzenie dla innych, w których mogą koić swoje systemy nerwowe. Tym bardziej potrzebny jest mi czas, w którym to ja napełnię swoje baterie. Ważne, by wszystko mieć przygotowane: praca, rodzina, obowiązki – mogły zostać w tle.
Dla wielu osób ten „próg przejścia” to już część programu: uczenia się, że świat przetrwa bez nas i że nasza wartość nie spadnie, gdy to my odłączymy się od codzienności.

Dalej jest już osobista podróż. Ciężko ją opisać, bo z pewnością każdy przeżywa te dni na swój sposób. Sprzyja temu wspólnota ciszy. Być wśród ludzi, którzy myślą podobnie, mają wspólną umowę na ten czas: jesteśmy tu razem, ale każdy jest dla siebie. Z szacunkiem i wewnętrzną odpowiedzialnością dla tych zasad – bo wiemy, że tylko tak możemy w pełni doświadczyć siebie.

W wymiarze ziemskim dni mijają jak w bajce. Wstajesz – nikt nic od Ciebie nie chce. Masz przestrzeń na własną praktykę, jeśli chcesz, wybierasz spacer, bieganie czy swój własny trening. Nie jesteśmy tu oderwani od potrzeb ciała czy zdrowych osobistych rutyn – wręcz przeciwnie, to jest czas prawdziwego zadbania o siebie. Możesz spędzić poranek, patrząc w dal na piękną, letnią naturę. Możesz niespiesznie wypić kawę, zioła, herbatę… wszystko jest dostępne. I nic się nie pali.

O 7:30 jest czas na pierwszą wspólną praktykę na sali. Czy są na niej wszyscy? Niekoniecznie. Ktoś mógł wybrać spacer, medytację na trawie albo uważny ruch – tu jest pełna dobrowolność. Ale zawsze jest ktoś prowadzący na sali, gdzie możesz po prostu być, zatopić się we wspólną praktykę z innymi.

Każdy dzień wygląda podobnie. Po porannej praktyce jest śniadanie, potem czas dla siebie i blok praktyki do obiadu. Po obiedzie przerwa i znów blok zajęć do kolacji. Wieczorem spotykamy się ostatni raz na sali, na medytacji zamykającej dzień. I tak kolejny dzień – w tej samej rutynie. Łączny czas wspólnych, zaplanowanych praktyk to około 7 godzin dziennie, przeplatanych przerwami od 30 minut do dwóch godzin.

Zanurzamy się coraz głębiej. W tym czasie dotykamy nie tylko powierzchni świadomości, ale też jej głębin. Pięknie opisał to kiedyś mój Guru – skorzystam teraz z jego metafory:
Wyobraź sobie, że Twój umysł jest jak jezioro, a tafla to świadomość. Fale na jeziorze to fluktuacje świadomości. Niektóre fale łatwo dostrzec i szybko im zaradzić – to te, które powstają z zewnątrz. Na przykład, gdy ktoś odwoła spotkanie albo usłyszysz niespodziewany dźwięk. Takie zdarzenie może Cię zirytować, ale to tylko powierzchowna fala – przyszła z zewnątrz i równie szybko może zniknąć. Tafla znów staje się gładka – tego właśnie uczy medytacja mindfulness: przemijalności wrażeń i pozostawania w swoim centrum.

Są jednak inne fale – te, które uformowane są przez dno jeziora. Jeśli w życiu doznaliśmy rozczarowań, przykrości, traumy – możemy wyobrazić sobie, że te doświadczenia osadzają się na piaszczystym dnie jeziora, jak coraz większy kopiec z piasku. Im więcej tego piasku, tym woda staje się mętna, a fale idące od środka – mocniejsze. Z tymi falami tak łatwo sobie nie radzimy. A jednak to właśnie one tworzą naszą tożsamość. Właśnie ku nim kierujemy świadomą obserwację. Zanurzając się każdego dnia coraz głębiej, możemy powoli, uważnie poznawać ten teren i zmieniać układ dna jeziora.

Podczas tych dni doświadczyłam umysłu w różnych stanach: był lekki, świeży i radosny, hasający po ogrodzie i niesamowicie kreatywny. Był też znużony, smutny, ciężki i ciemny. Wszystko to jest częścią całości. A krok dalej zawsze był wybór. I to właśnie zabieram ze sobą – sztukę wyboru, karmienie „odpowiedniego wilka”, aż odpowiedni nasyp na dnie zmieni układ jeziora. To się dzieje przy naszej pracy nad sobą.

Wyjeżdżam naładowana uważnością, naturą, zmysłami, dobrym snem, obecnością, wdzięcznością, ukojeniem, pysznym jedzeniem i ciepłem ludzi wokół. Zadbaniem o ciało i umysł. Z myślą, że taki tydzień to prawdziwy luksus. Bo w dzisiejszych czasach możliwość zatrzymania się, wyłączenia telefonu i całkowitego odcięcia od codziennych spraw – to wersja exclusive.

Rano wstajesz, robisz medytację, sięgasz po książkę albo idziesz na spacer. Zatrzymujesz się tam, gdzie chcesz. Wracasz – a tam czeka na Ciebie pyszny posiłek. Nie masz nic do zrobienia. Nikt niczego od Ciebie nie chce. Wszystko jest bezpieczne, zaopiekowane. Telefon leży na półce, a w razie potrzeby ktoś może zadzwonić – ale Ty jesteś w pełni dla siebie. Dajesz sobie czas. Tę zgodę. I z każdą kolejną minutą, godziną, dniem – doświadczasz siebie na nowo: ukojenia, rozluźnienia, powrotu do źródła, usłyszenia własnych potrzeb, rozróżnienia tego, co naprawdę ważne.

Jestem z ogromną wdzięcznością za każdy dzień. Za piękne miejsce sprzyjające wyciszeniu i Panią, która czarowała w kuchni (bo „gotowaniem” nie można tego nazwać). Za ciszę, ale też za te skradzione chwile – uśmiechy, szepty i ciepłe spojrzenia. Za to, że mogliśmy praktykować w kręgu równości i akceptacji.

Korzyści dla ciała z głębokiej regeneracji

Kiedy umysł zwalnia, ciało wreszcie dostaje sygnał: „Jesteś bezpieczny”.
– Spada poziom kortyzolu i adrenaliny, hormonów stresu.
– Reguluje się ciśnienie krwi i praca serca.
– Mięśnie puszczają chroniczne napięcia, które gromadzimy w barkach, karku czy szczękach.
– Układ trawienny działa sprawniej, bo przestaje być blokowany przez tryb „walcz lub uciekaj”.
– Sen staje się głębszy, a po przebudzeniu czujesz prawdziwe odświeżenie.

To reset, którego nie da się w pełni osiągnąć podczas weekendu w mieście czy nawet dnia wolnego — bo dopiero po pewnym czasie ciało „rozumie”, że może odpuścić.

Zaproszenie

Jeśli poczułeś, że taki czas jest tym, czego potrzebujesz — zapraszam Cię na październikowy mini-retreat w Chacie Miłośliwka.
To będzie 3 dni zanurzenia w ciszy, naturze i praktyce, w kameralnej grupie.
Będziemy medytować, spacerować, doświadczać prostoty, jeść pyszne jedzenie i regenerować ciało oraz umysł. Jeśli chcesz tam być zarezerwuj miejsce: 

Szczegóły i zapisy: Mini-Retreat